
Samolot ląduje, walizka stoi jeszcze nierozpakowana w kącie pokoju, a w telefonie czeka dwa tysiące trzysta nowych zdjęć. Zdjęcia z podróży, które przed chwilą były najważniejszą rzeczą na świecie, teraz czekają w folderze o nazwie z datą. I tam zostają.

Zdjęcia z podróży, które nikt już nie ogląda
Z badania firmy Popsa, przeprowadzonego na próbie ośmiu tysięcy osób w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Francji i Niemczech, wynika, że siedemdziesiąt procent zdjęć zrobionych smartfonem nigdy nie jest oglądanych po raz drugi. Nie chodzi o złe zdjęcia. Chodzi o zdjęcia, które po prostu nie miały okazji wrócić.
To nie jest kwestia lenistwa. To kwestia tego, jak działa telefon. Zdjęcia wpadają do galerii razem z rachunkami za prąd, screenshotami i zrzutami ekranu z listą zakupów. Nic w tym miejscu nie zaprasza do tego, żeby usiąść i popatrzeć.
I trzeba przyznać, że kiedy wraca się na kanapie do zdjęć z dawnych podróży, to wiele wspomnień ożywa i wraca.
Jak wybrać te kilkanaście zdjęć, które naprawdę coś znaczą
Z dwóch tysięcy zdjęć z wyjazdu naprawdę zapamiętujesz kilkanaście. Resztę robi się z przyzwyczajenia albo ze strachu, że coś przegapisz – że akurat to ujęcie, którego nie zrobisz, byłoby tym jedynym dobrym.
Selekcja nie musi być bolesna. Nie trzeba przeglądać wszystkiego za jednym razem. Łatwiej podzielić podróż na dni albo miejsca i z każdego dnia wybrać po trzy, cztery kadry – te, które coś tłumaczą, nie tylko dokumentują.
Dobre pytanie przy wyborze brzmi: czy to zdjęcie coś mi przypomina, czy tylko coś pokazuje. Zdjęcie z widokiem na góry, które wygląda jak setki innych zdjęć z tych samych gór, różni się od tego, na którym widać twoją twarz, kiedy w końcu ten widok zobaczyłeś.

Co zrobić z wybranymi zdjęciami, żeby zostały
Wybrane zdjęcia można zostawić w telefonie w osobnym albumie – to już krok naprzód, bo łatwiej do nich wrócić. Ale telefon się gubi, dyski padają, konta w chmurze czasem znikają razem z zapomnianym hasłem. Zdjęcie w formie fizycznej – odbitka, album, fotoksiążka – nie wymaga logowania ani aktualizacji systemu.
Nie chodzi o to, żeby drukować wszystko. Chodzi o to, żeby te kilkanaście wybranych zdjęć miało formę, która nie zależy od baterii. Album robiony ręcznie różni się od tego zamówionego w aplikacji tym, że ktoś patrzy na każde zdjęcie osobno, zanim trafi na stronę – a nie tylko wrzuca siatkę kwadratów w szablon.
Ten czas poświęcony na wybieranie, szukanie i odrzucanie jest cenny, bo nie tylko porządkuje zdjęcia, ale i uczy wrażliwości na piękno.
Można wrócić z podróży i pozwolić zdjęciom zniknąć w folderze, tak jak większości zdjęć na świecie. Można też usiąść na godzinę, wybrać kilkanaście kadrów i nadać im formę, do której naprawdę da się wrócić za rok. To nie jest duża decyzja. Ale to jedyna, która sprawia, że podróż zostaje z tobą dłużej niż do następnego wyjazdu.

